Powrót, czyli początek
Właśnie wróciłam. Za tydzień święta i teraz to naprawdę nie mam czasu, żeby pójść do pracy i tłumaczyć się z tego, co porabiałam przez ostatnie trzy miesiące.
W święta mnie nie wyleją, a jeżeli tak, to Bóg ich ukarze, bo nie wolno w tym czasie nikomu sprawiać przykrości.
Kto oglądał Opowieść Wigilijną, ten wie.
Nawiasem mówiąc, porzuciłam pracę w sposób niewybaczalnie beztroski. Mój wspaniałomyślny Szef wysłał mnie na „wczasy pod gruszą”. Nie dosyć, że po sezonie, to w miejsce tak ustronne, że śmiało można by je nazwać totalnym zadupiem. Było tanio, fakt. Zwłaszcza że wieś nie obfitowała w przybytki rozpusty czy hazardu, gdzie mogłabym trwonić ciężko zarobione pieniądze. Wobec powyższego, nakupiłam jabłek i mleka w bańce (głównie dla bańki, bo chciałam mieć jakąś pamiątkę z wczasów).
Jedyną rozrywkę na tym odludziu stanowił poligon wojskowy. Kiedy się temu przyglądałam z boku, odniosłam wrażenie, że mogę tam znaleźć swoje miejsce w życiu, a przy okazji zrobić na złość Szefowi za „zesłanie”. Nie wiem, co mnie podkusiło, że zgłosiłam się na ochotnika i, o dziwo, zostałam przyjęta. Przeszłam prawdziwą szkołę życia i prawie zostałam komandosem. Prawie, bo na drodze do kariery stanęła mi niewielkich rozmiarów koszarowa latryna, którą pewnego fatalnego dnia mój celny rzut odbezpieczonym przypadkowo granatem przeniósł do lepszego bytu. W konsekwencji zmusiło to naszego dowódcę do wydania najbardziej absurdalnego zarządzenia w historii jednostki, mówiącego, że do czasu postawienia nowej latryny „każdy sra na własna rękę”. Cokolwiek miał na myśli, posypały się głowy. Najpierw moja, potem jego. O rękach nic mi nie wiadomo.
W ten oto sposób moja kariera osiągnęła punkt zwrotny. Dopiero co wyleciałam z armii, a lada moment wylecę z roboty. Genek sugeruje, że powinnam biec do Szefa, paść na kolana i błagać, żeby mnie przyjął z powrotem, ale mam swój honor. Błagać nie zamierzam.
Mój Geniu Sz. jest niewidzialny. Siedzi u mnie w głowie, chociaż jak do tej pory nie wiadomo za co. To taki rodzaj wewnętrznego głosu, kłopotliwy odrobinę, bo zazwyczaj miewamy odmienne poglądy…
Genek truje, żebym chwyciła się jakiejś roboty póki czas, a ponieważ w okresie przedświątecznym znalazłam zatrudnienie jedynie przy wyrębie choinek lub – w przebraniu śnieżynki na wrotkach – w markecie, to dość szybko podziękowałam serdecznie. Chromolę! Jadę na święta do rodziców.